Zamknij
Zamknij
Zamknij
logo

Justyna Jaworska – Insta impresje. Kulturalne podróże Teresy Drozdy

Zanalogizowany Instagram? Przecież współczesność oszalała na punkcie dygitalizowania wszystkiego, co się da. Filmów, dźwięków, obrazów, książek – nawet starodruków! – i rzecz jasna – fotografii. Przedsięwzięcie InstaDRO wydaje się absolutnie szalone, bo występuje całkowicie przeciw tej wszechogarniającej tendencji. A jeśli pomysłodawcy tego oryginalnego projektu wolą nie być jak martwe ryby, które płyną z prądem?

Czym właściwie jest InstaDRO? To książka. Początkowo planowano folder, ale najwyraźniej się rozrósł. Choć czy ,,planowano” to dobre słowo? Myślę, że nie. Bazą dla publikacji są zdjęcia, a dokładnie selfie, które robi Teresa Drozda – polska dziennikarka radiowa związana z RDC. Publikowała je spontanicznie na Facebooku i Instagramie, podobnie jak większość zaangażowanych w wirtualną egzystencję ludzi. Jednak dusza niezmiernie wrażliwa – Katarzyna Walentynowicz, która ma w swoim dorobku literackim książki o Jacku Kaczmarskim i Zbigniewie Łapińskim, będąca organizatorką licznych wydarzeń kulturalnych – nie zdołała przeskrolować tych fotografii obojętnie. I tak narodził się pomysł nadania ciała temu, co do rzeczywistości materialnej nie należało.

Zdjęcia powstawały, można rzec – mimochodem – nie ma tu żadnych profesjonalnych ujęć ze szczegółowo zaplanowanych sesji ani niczego podobnego. Widać, że prywatne archiwum weszło do publicznego obiegu. Jeśli ktoś szuka sztucznej bańki, w której zdjęcie pełni rolę produktu i tworzy się je na potrzeby jakichś wytycznych, to musi wiedzieć, że InstaDRO go nie zadowoli. To są selfie, ale o unikatowym charakterze. Teresa Drozda nie zalicza się do grona instagramowych celebrytek, które mają za zadanie zareklamować markę, czy zwrócić na siebie uwagę rzeszy fanów. Pięćdziesiąt sześć kadrów okraszonych lapidarnymi opisami to swoisty pamiętnik doznań kulturalnych. Zbiór jednostkowych wrażeń człowieka związanego ze środowiskiem sztuki. Czyli projekt wpisuje się w prąd znany pod hasztagami culturegram i instaart.

Na przedzie okładki widnieje fantastyczny autoportret, który łączy najważniejsze atrybuty autorki – pierwiastek radiowy w postaci mikrofonu i słuchawek oraz regały pełne książek. Uwagę przykuwają tomy literatury czeskiej, a jak wiadomo Czechy to nieodłączny element życia dziennikarki. Z kolei tył to kontynuacja tej narracji, jednakże uzupełniona o jeden komponent, jakim jest koc, pod którym Teresa Drozda najwyraźniej próbuje się skryć. To dość rozkoszny akcent przywołujący skojarzenie z naturą dziecka, tkwiącą przecież w każdym – nawet najpoważniejszym – dorosłym człowieku. Przy okazji ujęcie uroczo i symbolicznie zamyka książkę. Ważna okazuje się tutaj kolorystyka. Pierwsza z fotografii jest monochromatyczna, druga zaklęta w sepii. Te barwy dominują w albumie, co nadaje mu rysu sentymentalnego.

Zgromadzone selfie nie są monotematyczne i nie wieje od nich nudą, wręcz przeciwnie. To nie wyłącznie człowiecze lica, ale rozbudowane i bardzo zgrabne kompozycje. Przedstawiają różne miejsca nie tylko w Polsce, ale też w Czechach, zatem odbiorca zostaje zaproszony w wyprawę z kulturą – nawet do wsi, w której Edward Stachura pracował jako robotnik. Nie na wszystkich występuje jeden bohater – twórczyni pozuje z rozmaitymi osobami. Zaprasza do kadru swojego partnera – Jacka Kosińskiego – a także postaci o ogólnopolskiej sławie, takie jak Magda Umer i Jacek Fedorowicz. Zaciera granice między kuluarami a tym, co dostępne dla każdego na wyciągniecie ręki. Jednak nie na tym koniec atrakcji.

Wydaje mi się, że na tych zdjęciach najważniejsza okazuje się sztuka, która zdaje się na nich ożywać – cóż za paradoks! Na fotografiach się przecież zastyga. W InstaDRO oczywiście działa to odwrotnie i wbrew prawidłom wszechświata. Fragmenty wystaw, instalacje, rzeźby i ścienne grafiki wręcz przemawiają z ujęć. Interesujące są szczególnie te kadry z kompozycją centralną. Teresa Drozda na tychże często zabawia się przestrzenią w taki sposób, że to, co znajduje się za jej sylwetką, tworzy dla niej coś na kształt aureoli, dając tym samym początek przedstawieniu polskiej Matki Boskiej Radiowej. Dzieje się tak na przykład, kiedy dziennikarka pozuje we wnętrzu drewnianego sterowca Gulliver lub na tle warszawskiego barbakanu po wizycie u fryzjera.

Niezwykle wyrazistym aspektem fotografii tworzących przedsięwzięcie jest autentyczność przeżyć. Naturalność i impresja. Dziennikarka nie skupia się na tym, żeby idealnie wyjść, ale na tym, żeby przekazać prawdziwe uczucia – miłość, radość, zachwyt. I tym samym wciela w życie ideę czułego narratora, rodem z przemówienia noblowskiego Olgi Tokarczuk, ponieważ wchodzi w jego rolę, utrwalając emocje świata rzeczywistego tak, by również ci, którzy obcują z jej zdjęciami, mieli sposobność ich zaznać. Potrafi żartować z siebie, pozując przy rzeźbie tyłka, czym zdobyła moje serce, czy uchwycić twarz w grymasie, który na pewno rozbawi widza – jak na zdjęciu z Werichovej vili. W albumie nie brakuje też ujęć, które mają w sobie nieopisaną plastyczność i w odbiorze są podobne raczej obrazom, niż standardowym instagramowym migawkom. Do takich zalicza się portret z wystawy poświęconej Teatrowi Reduta wywierający piorunujące wrażenie, fotografa z trzydziestej rocznicy wybuchy aksamitnej rewolucji czy wyjątkowo sensualne selfie przy biurku z kluczowego dla polskich czasów zarazy momentu – marca 2020 roku.

Trzeba jeszcze wspomnieć o tym, że InstaDRO nie skończyło się na książce. Fotografie doczekały się nawet swojej wystawy połączonej z jednym z koncertów zespołu W imię Ojców, Synów i Braci promującym ich debiutancką płytę, do której przesłuchania gorąco zachęcam. Przed i po koncercie uczestnicy wydarzenia mieli okazję, by obejrzeć zbiór kadrów w towarzystwie samej autorki, która bardzo chętnie opowiadała o swoich małych dziełach. Przez tydzień można było podziwiać ekspozycję w głównej sali praskiego lokalu Skład butelek. A po zniesieniu ograniczeń związanych z pandemią, planuje się wystawę wędrującą po rozmaitych zakątkach Polski.

Dla mnie to przedsięwzięcie niejako wpisuje się w nurt myśli głoszącej, że sztuka musi mieć możliwość wolnej wypowiedzi i w żadnym wypadku nie powinna podlegać kontroli, nie należy jej też w jakikolwiek sposób próbować ograniczać, bo ona rządzi się swoimi prawami. Zatem InstaDRO pokazuje, że artyzm wznosi się ponad wszelkie granice, a to jest piękne.

Justyna Jaworska:
Studentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, członkini Naukowego Koła Kultury Staropolskiej, stypendystka literacka fundacji Arkona im. Jarosława Zielińskiego, współtwórczyni projektów artystycznych barboshitart i Parantela.
Instagram: @kurtynajaworska